7 lipca 2013

Dziś wieczorem nie schodźmy na psy

Seria „Z Domem”, „świadectwa dzieciństwa i młodości spędzanych w najróżniejszych zakątkach świata” - przyznaję, że dla mnie charakterystyka nowej serii Wydawnictwa Czarne nie zabrzmiała zachęcająco. Skojarzenia: sentymentalna podróż do przeszłości, uwodzenie egzotyką. Miło się pomylić. Choć „miło” to nie jest słowo, które powinno się pojawić w kontekście książki Alexandry Fuller. Wiele można o tej książce powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest miła.

„Miałam farmę w Afryce” - to słynne zdanie rozpoczynające inną afrykańską opowieść nieuchronnie przychodzi na myśl, gdy czyta się wspomnienia Fuller. Ale nie dajmy się zmylić. Inny czas, inny kraj, inna sytuacja. Inaczej niż Karen Blixen Bobo wychowuje się na afrykańskich farmach, to jej dom. Dom, którego lokalizacja wciąż się zmienia, bo czasy są burzliwe. Kolejne afrykańskie kraje zyskują niepodległość, ale to wcale nie oznacza stabilizacji i spokoju. Bobo mieszkała więc w Rodezji (obecnym Zimbabwe) i w Malawi (kiedyś Niasa) oraz w Zambii (dawnej Rodezji Północnej). Jest Afrykanką - tyle że białą - choć urodziła się w Anglii, a teraz mieszka w Ameryce. Jest więc w tej książce kwestia tożsamości. Jest też kwestia rasizmu, przez długi czas całkowicie niewidoczna dla bohaterki.

Jestem Afrykanką z przypadku, nie z urodzenia. Choć więc dusza, serce i umysł są afrykańskie, zdecydowanie biała skóra wyraźnie nie jest. Co prawda upieram się przy tej swojej afrykańskości, o ile coś takiego istnieje na tym ogromnym i zróżnicowanym kontynencie, ale muszę przyznać, że prawie połowa mojego życia w Afryce upłynęła w bańce anglocentryzmu, jakby czarni Afrykanie nie mieli żadnej kultury wartej zauważenia i jakby w ogóle nie istnieli, oprócz służących i - co gorsza - terrorystów.

W posłowiu autorka wyznaje, że swoje życie próbowała najpierw (wielokrotnie) spisać w formie fikcji, starając się w jakiś sposób usprawiedliwić rasizm, w którym wyrastała. Dziś wieczorem... to rezygnacja zarówno z fikcji, jak i z fałszywych usprawiedliwień i jakichkolwiek upiększeń.

Podobnie bez sentymentów i taryfy ulgowej wobec siebie samej Fuller pisze o rodzinie. Rodzinie, do której w pierwszej chwili możemy chcieć zastosować określenie "toksyczna". Matka alkoholiczka cierpiąca na psychozę maniakalno-depresyjną - to musi być opowieść o trudnym dzieciństwie. A jednak nie - to historia rodziny konfrontowanej z wielkimi dramatami, jak śmierć kolejnych dzieci. (Za jedną z nich Bobo czuje się odpowiedzialna, a że to "ta śmierć sprawiła, że mama z zabawnej pijaczki zamieniła się w szaloną, smutną pijaczkę", że "całe szczęście znika" - Bobo ponosi winę i za to). Rodziny, której mimo wszystko udaje się ocalić głębokie więzi łączące tworzące ją osoby - choć nie jest to też w żadnym razie opowieść o tym, że "miłość wszystko zwycięży". Ale miłość - do matki, do Afryki, do życia wreszcie - jest mocno obecna na stronach tej książki.

Mam duży dystans do panującej od kilku lat mody na literaturę faktu, ale gdy pojawiają się takie autorki jak Swietłana Aleksijewicz czy Alexandra Fuller, których książki są też znakomite pod względem formy, trudno nie docenić siły non-fiction.

Alexandra Fuller, Dziś wieczorem nie schodźmy na psy. Afrykańskie dzieciństwo, przeł. Dobromiła Jankowska, Wydawnictwo Czarne 2013

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz